Informacje dodatkowe

Publikacje

Paulina Małochleb

Krytyczka literacka, badaczka i wykładowczyni. Laureatka Nagrody Prezesa Rady Ministrów oraz stypendystka programu „Młoda Polska” Narodowego Centrum Kultury. Autorka książki Przepisywanie historii i bloga ksiazkinaostro.pl, publikowała m.in. w „Polityce”, „Krytyce Politycznej”, dwutygodnik.com, „Nowych Książkach” i „Twórczości”. Wykłada na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, kuratoruje projekty literackie w Bunkrze Sztuki, a w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie kieruje Ośrodkiem Komunikacji. “Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie” to jej debiut literacki.

 

“Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie”
Wydawnictwo Karakter

To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne.

To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele – rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań.

Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ – rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach – podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń.

Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości – uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach – aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.

Recenzje

Nie należy jej umieszczać w nurcie konfesji zwanych autofikcją, nawet wysoce literacką. Jest o byciu matką tu i teraz i jest bardzo dobrze napisana, ale nie o to z nią chodzi. Jest o tym, jak nasze społeczeństwo i kultura używają macierzyństwa jako instytucji do totalnej tresury matek z uległości wobec patriarchatu i kapitalizmu, i jak totalną wojnę trzeba toczyć, żeby samej się nie dać i jeszcze uratować dziecko. I jak wredną rolę odgrywają w tej tresurze inne kobiety, te dysponujące jakąkolwiek władzą, ze szpitala, przychodni i placówek opiekuńczo-wychowawczych. Jest tu sporo genialnie przenikliwych obserwacji, a naprawdę potężnej erudycji w temacie nie odczuje jako ciężaru żadna czytelniczka ani czytelnik (czasem kilometr bieżący bibliotecznej półki streszcza się w jednym rzeczowym akapicie bez odnośników). Prześwituje dla mnie przez ten tekst to Brach-Czaina, to Maggie Nelson, ale przede wszystkim jest to Paulina Małochleb. Bardzo swoje i absolutnie „pionierskie” na naszym gruncie spojrzenie. Potrzebowaliście tej książki, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiecie. I ona zostanie, jestem tego pewna, nie tylko dlatego, że jest pierwsza. – Renata Lis

Esej Pauliny Małochleb Książki na ostro to jest robota maciestyczna!
Autorka w kilku miejscach pisze, że jej tekst bywa rwany, a lektura przerywana, ponieważ zawsze., gdy się wzniesie na wyżyny skojarzeń, metafor i skupienia, kilkuletnia Mysia potrzebuje pilnej odpowiedzi na pytanie, nastolatek Jeż wymaga rozładowania emocji, ginie klocek. Między dwojgiem dzieci, dwiema pracami, patriarchalno-religijną „tradycją”, neoliberalizmem i kapitalizmem rozciąga się pole miłości, a ta nie zwolni matki, także w dobrze zaplanowanej rodzinie nuklearnej mającej wspólny mężowsko-żoniny kalendarz, od furii, zmęczenia, wypalenia, emocji. Nieprawdą jest jednak, że pisanie Małochleb – jak twierdzi w rozdziale „Dominacja” cechuje wybrakowanie, a zwłaszcza intelektualna płycizna. Krytyczka wie, co ma na myśli, gdy kieruje ostrze przeciw kanonowi wycyzelowanej męskiej nostalgii, której podziwiania uczono ją na polonistycznych studiach, ale myli się w ocenie własnego języka. Nie brakuje w nim ani precyzji, ani metafory; ani przenikliwości, ani kronikarskiego zacięcia. „Mięśnie mam od miłości” to przenikliwy, piękny esej o macierzyństwie i dużo więcej (choć nie musi być więcej). Dawno niczego podobnego nie czytałam.
(…) Pozwolę więc sobie stwierdzić: mamy w Polsce dwie wybitne eseistki miłości, Renatę Lis i Paulinę Małochleb. – Inga Iwasiów

Małochleb skupia się jednak również na popularnych ostatnio w feministycznym i „okołomacierzyńskim” dyskursie tematach pracy opiekuńczej i emocjonalnej. Nie tyle gotowaniu obiadu, ile gotowaniu takiego obiadu, który wywoła uśmiech na twarzach członków rodziny. Nie tyle robieniu prania, ile dbaniu o zaspokojenie emocjonalnych potrzeb, poczucia bezpieczeństwa, harmonijnego rozwoju. Patriarchalna kultura – Małochleb powołuje się tutaj na Arlie Russell Hochschild czy Rose Hackman – uwielbia tę pracę naturalizować, tworząc złudzenie, jakoby była matkom przyrodzona, jakoby – jak twierdził twórca psychologii macierzyństwa D.W. Winnicott – „matkowanie wynikało w sposób naturalny z samego bycia matką”, a empatia pozwalająca zareagować na potrzeby członków rodziny była po prostu cechą „naturalnie” kobiecą”. – Natalia Mętrak Ruda w Dwutygodniku

Autorka książki Mięśnie mam od miłości pisze tak, że ma się poczucie, jakby tkanka tekstu pozostawała nierozerwalnie zrośnięta z tkanką ciała – zaraża emocjami, pobudza empatię, wzmacnia siłę współodczuwania, uwrażliwia, ale i ostrzy zmysł krytycznego myślenia. – Karolina Broda dla Vogue.pl